środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział 1 ♥

- Idę na spacer, a zresztą, po co ja ci to mówię i tak masz to gdzieś - powiedziałam do swojego ojca.
Wyszłam z domu zabierając ze sobą torebkę i skierowałam się w stronę Tamizy. Kiedy byłam mała, moja mama często zabierała mnie tam . Kupowała mi słodycze i siadałyśmy na betonowym brzegu rzeki. Łzy napłynęły mi do oczu. Skręciłam w małą uliczkę i zatrzymałam się żeby ochłonąć. &Usłyszałam jakiś szmer. Odwróciłam się i zobaczyłam wysoką kobietę. Podeszła w moją stronę.
- Pójdziesz ze mną - wyszeptała.
- O co pani chodzi - spytałam przestraszona.
W pewnym momencie ktoś przyłożył mi szmatkę do ust i po chwili straciłam przytomność.


*  *  *  *
  Obudziłam się w ciemnym pomieszczeniu. Byłam przykuta do jakiejś rury. W drugim końcu pokoju stał duży stół operacyjny. Przy nim stała kobieta.
- Gdzie ja jestem- zapytałam.
- Może lepiej powinnaś spytać co się z tobą stanie? Otóż nie martw się, raczej nic ci się nie będzie złego działo, pod warunkiem, że będziesz grzeczna.
- Co wy chcecie zrobić?
-Mały eksperyment - podeszła do mnie bliżej.
- K-kiedy?!
- Właśnie teraz - podała mi kubek - wypij to, bo cię zastrzelę - powiedziała ostrym tonem przykładając pistolet do mojej głowy.
Posłusznie wypiłam napój. Kobieta dała mi szklaną kulę.
-Szybko, uderz w to lekko!
Wykonałam polecenie, podczas gdy tajemnicza brunetka uciekła. Zaczęło mi się potwornie kręcić w głowie. Resztkami sił chwyciłam moją torebkę i objęłam kulę najmocniej jak tylko potrafiłam. Straciłam przytomność

*  *  *  *
  Poczułam chłód. Czułam, że leżę na czymś miękkim. Powoli otworzyłam oczy i próbowałam, lecz to było na nic. Nie odzyskałam w pełni kontroli nad swoim ciałem. Nade mną wisiały martwe gałęzie drzew. Zaczął padać śnieg... Chwila... Śnieg?! W Londynie był środek lata, ale to miejsce na 100% nie było stolicą Anglii. Jednak w tej chwili niezbyt przejmowałam się gdzie jestem. Jeżeli nie odzyskam kontroli nad ciałem to zginę pod warstwą białego puchu! Po parunastu minutach usłyszałam jakiś głos. Byłam na wpół przytomna, więc odzyskałam świadomość dopiero w jakimś namiocie. Podniosłam się i usiadłam na łóżko. Przede mną stał wysoki brunet. Miał około 14 lat.
- Gdzie ja jestem - zapytałam zdezorientowana.
- Jesteśmy aktualnie w wiosce plemienia Czarnego Kruka.
- Jak się tu znalazłam?
- Zalazłem cię nieprzytomną.
- A kim ty jesteś?
- Mam na imię Peter, a ty?
- Jestem Aria...
- Jak się czujesz?
- Całkiem dobrze, tylko głowa mnie trochę boli i jestem głodna - zaśmiałam się.
- Zaraz ci coś przyniosę - chłopak odwzajemnił śmiech.
Po paru minutach brunet wrócił z miską czegoś co przypominało gulasz. Przejęłam naczynie i zjadłam potrawę. Smakowała dosyć dziwnie, ale dla głodnego wszystko smakuje.
- Dziękuję.
- Na zdrowie - odpowiedział Peter.
- Gdzie są moje rzeczy?
- Pod łóżkiem.
Zajrzałam pod mebel i wzięłam swoją torebkę. Zajrzałam do środka i wyjęłam z niej telefon.
- Co to jest?
- Telefon, a co?
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem - chłopak zmarszczył brwi - który jest teraz rok na Ziemi?
- 2015, a dlaczego pytasz?
- Bo widzisz... tutaj czas płynie inaczej... Planeta, na której jesteśmy jest na samym środku wszechświata i nikt się tutaj nie starzeje. Tak jakby cały czas jest ten sam rok,  czy coś w tym stylu... Może trudno ci będzie w to uwierzyć ale ja mam 109 lat - uśmiechnął się.
- Aha... jak się nazywa ta planeta? Chcę przynajmniej wiedzieć gdzie jestem - zażartowałam.
- Gai Gwei, po angielsku Nibylandia.
- Okej.
Do namiotu weszła dziewczyna. Podeszła do nas i przedstawiła się jako Aaya. Powiedziała, że jest córką wodza i ona mnie wyleczyła. Zapytała się o moje samopoczucie i zapytała o rok, który jest teraz na Ziemi. Chyba będę musiała się przyzwyczaić się do tego pytania...
_____________________________________________________________________

Rozdział trochę krótki, ale obiecuję, że następny będzie dłuższy. Mam nadzieję, że będzie przynajmniej jeden pozytywny komentarz i, że ktoś zainteresuje się tym blogiem :P
Next powinien być za parę dni. 
Bye!

1 komentarz: